Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szycie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 sierpnia 2013

Wakacje nie sprzyjają lenistwu...

W związku z tym życie wirtualne musi zamrzeć. Paradoksalnie, niby jest mniej zajęć typu - zawieź i przywieź ale za to wzywa ogród, cały lipiec ślęczałam nad lawendą, teraz są przetwory, wyjazd wakacyjny (góry Świętokrzyskie), wszędobylska Tynia, która absolutnie nie interesuje się stagnacją, jezioro, druty :) , i tak mija dzień za dniem.
Dzieci zresztą zajęły nam sporą część wolnego czasu - Krzysiowe dni folkloru, razem z próbami to dwa tygodnie niemal codziennych bytności w mieście. Potem tydzień półkolonii z dowozami i odwozami do stajni na zajęcia w siodle. Kiedy minęła pierwsza część wolnego...? ? ?
Wybrałam, tak na szybko kilka ujęć. Bardzo ogólny przekrój. Proszę:

1. Sweter - derka robiony z Cashmira Batik Design. Niemal przez pół roku...




Wiosną na świat przyszła mężowska bratanica, Iga, jak widać :)


zdjęcie z uchwytami :)


oraz nasze dziewczynki - Krzyś już nie zawsze chce pojawiać się tutaj :)


Tynia w bardzo luksusuowym bolerku robionym z resztek pozostałych po chuście z jedwabiem :)



poniedziałek, 10 czerwca 2013

Nie ma to jak sweter na lato :)

Jakiś czas temu kupiłam na Allegro prutą wełnę. Urzekł mnie kolor - czysty chaber, żywy i - jak się dopiero po fakcie dowiedziałam - bardzo w tym sezonie na czasie :)
Udzierg zajął mi masę czasu ponieważ robiłam na cienkich drutach i całkowicie z głowy. Bezszwowo, od góry - czyli tak, jak zwykle.
Przymierzając się do zrobienia zdjęć swetrowi zrobionemu całkowicie dla mnie zajęło mi niemal miesiąc. I nie doszło do skutku :) Albo byłam w domu sama albo o zdjęciach zapominałam. Aż w końcu się zawzięłam, wyciągnęłam z kąta Lolę i ją odziałam. Feler tej sytuacji polega na tym, że Lola ma rozmiar 36. A sweter 40 :) I wisi tam, gdzie wisieć nie powinien. Na Loli mi się nie podoba zbytnio, na mnie - podoba mi się bardzo. Ale to już musicie sobie wyobrazić.
Oto Lola w Chaberku:



Poniżej powinny być widoczne odejmowanie oczek na talię - i tutaj mam zasadniczy mankament - odjęłam je zbyt nisko :)





Detal - koleżanka z pracy wiedząc o moich zapędach kupiła mi kiedyś za kilka złotych sweter całkiem do wyrzucenia, ale za to z cudnymi zapinkami - nie ma to jak dobra koleżanka :)



A ja dalej robię swetry - tym razem ma być w kształcie wcześniej już kiedyś pokazywanej erki - robiony z merynosowej wełny Cashmira batik design. Na razie tkwię ciągle jeszcze w korpusie - ale to jest dobra robótka, zwłaszcza pod lekturę :)





No i uszyłam jeszcze jedne legginsy - tym razem, zamiast gumek wstawiłam pasek z elastycznej bawełny. Efekt, fajne, wygodne, nieuciskające gacie powstałe z dwóch par koszulek, które inaczej wylądowałyby w koszu lub w szmatach. A tak jeszcze cieszą :)





A oto, skąd pochodziła koszulka granatowa :)



Jakość zdjęć beznadziejna, ale Jadzia nie jest typem statycznej modelki :)

czwartek, 23 maja 2013

O szczypcie Orientu, niejadalnych ciastkach oraz o kociej manii słów kilka

Chusta wykonana z włóczki, na którą swego czasu miałam wielką chrapkę - https://www.e-dziewiarka.pl/index.php?option=com_virtuemart&page=shop.browse&category_id=540&Itemid=2 - jej kolory kojarzące mi się ze strojem łowickim mnie urzekły. I szczęśliwie się wydarzyło, że komuś innemu skojarzyły się z kolei z Dalekim Wschodem - zgodnie z zapotrzebowaniem :) i tak powstała chusta będąca kumulacją kilku różnych wzorów. Miła w dotyku, ciepła i kolorowa :)







Moim zdaniem, można spokojnie nosić ją również na lewej stronie:



Pisałam ostatnio o masie fimo, którą zajęłyśmy się z dziewczynkami. Oto nasze wytwory - dość apetycznie wyglądają, prawda? Na tyle,że już kilkoro z naszych gości usiłowało zjeść je z talerza :) Powstały, między innymi, guziczki (do kolejnych zimowych poppy? Czujecie klimat? Poppy, dajmy na to, z herbatnikiem czekoladowym?) różowe gofry - pierścionki, wymyślone przez młodsze uczestniczki lepienia oraz jeszcze kilka elementów do rozdysponowania.





I jeszcze: a Jadzię z kocimi wąsami wymalowanymi flamastrami pamięta ktoś? Kociowatość wcale nie zelżała, czasami muszę się do córki zwracać per: "kiciu" - inaczej nie zareaguje. Od kilku dni chodziła i męczyła mnie o c
kocie uszy. Aż wymęczyła:

wtorek, 21 maja 2013

jewelled cowl bis

W jadalni na stole rozłożona, rozsypana, rozwałkowana i ugnieciona w misterne kształty panoszy się masa fimo - nasze babskie zajęcie na dzisiejsze popołudnie. Rozmaite herbatniki, pączki, gofry oraz ciasteczka czekają na upieczenie - wcześniej jednak trzeba przemyśleć jakie dziurki w nich zrobić oraz w jakie miejsca poprzyczepiać zapięcia bądź haczyki. Uciakłam stamtąd chwilowo, pozostawiając dziewczyny zajęte malowaniem po wodnej macie oraz (najmłodsza)- rozkładaniem dużych puzzli (celowo napisałam: "ROZkładaniem:).
Uciekłam bo inaczej nie dam rady wrzucić zdjęć robionych tuż przed wczorajszą burzą.
Drugi jewelled cowl z malabrigo sock oraz koralików 4 mm.
Voila!











Na koniec jeszcze Faustyna w swoich nowych legginsach :)

wtorek, 14 maja 2013

O moim umiłowaniu wieczorów, rękodzieła zaniedbaniu oraz Anielinej garderobie :)

Wieczór. Moja ulubiona pora dnia :)
Dzieci śpią, Marcin na próbie, ja sączę sobie rozwodnione pół na pół wino mężowej produkcji (genialne) - podczas karmienia piersią odkryłam uroki rozcieńczania wina powodujące jego zwiększenie się o 100 % :)
Powinnam iść do maszyny, obiecałam Jadzi uszycie legginsów - pozostałe dziewczynki swoje otrzymały dzisiaj, jej para, z wyciętym metodą chybił - trafił kotkiem - aplikacją jeszcze czekają na zszycie. W związku z powyższym mogę w końcu coś pokazać :) Trwa okres wybitnie nie sprzyjający szybkiemu przyrostowi produktów rękodzielniczych. Po pierwsze - wiosna wygania nas na dwór. Ogród wzywa (niekoniecznie skutecznie), Tyniol wszedł w okres najgorszy do poskromienia - chyba, że poskromienia moich zapędów - ucieka ile sił w nogach (i rękach, bo raczkuje na potęgę) oczywiście w miejsca najmniej do tego przeznaczone. Im bardziej ślepy i niewdzięczny do eksploracji zaułek tym lepiej. Ale udało mi się wieczorem wczorajszym dotrzeć do maszyny wraz z pociętymi kilka godzin wcześniej koszulkami starymi. Największe kawałki zostały przeznaczone ka leginsy dla Anielki. Anielki - dodam - miłośniczki gitary. Czy więc muszę tłumaczyć, jaki instrument znalazł się na nogawce (bo może nie wyszło mi tak obrazowo, jak planowałam) ?

Tutaj, przed wyjściem do szkoły, kiedy był jeszcze chłód poranka, stąd skarpety pod sandałami)



A tutaj zdjęcia z eksploatacji intensywniejszej:






Specjalnie wstawiłam, żeby było widać, że pasek u góry doszyty jest w kolorze gitary :)


Okazję wyciągnięcia aparatu wykorzystałam jednocześnie do uwiecznienia swetra, który zrobiłam dla Anielki jeszcze wtedy, gdy śnieg zalegał naokoło. Robiłam go z podwójnej nitki - granatowej wełny upolowanej na Allegro oraz jakiejś skarpetowej, chyba dropsa fabel w odcieniach niebieskości, turkusu i granatu. Wyszło, moim zdaniem, całkiem fajnie. W dodatku wykorzystałam zdobyczny guzik upolowany w naszej hurtowni pasmanteryjnej. Sweter robiony od góry, z raglanem oraz z przedłużonymi połami.









no i mój ukochany, korkowy, pokryty masą ceramiczną guzik:



Na tym kończę krótkie sprawozdanie. Mam jeszcze kilka zdjęć ale może strategicznie rozłożę je na jeszcze jeden chociaż wpis by blog nie zamarł tak całkiem :)
Pozdrawiam serdecznie :)

środa, 24 kwietnia 2013

Zbiorczo

Sporo się ostatnio działo. Apogeum infekcyjne przedłużającego się przejścia zimy w wiosnę miało miejsce podczas zapalenia płuc u Faustyny. Rozpoczęcie miesięcznej rehabilitacji dwojga najstarszych dzieci. Nagła wiosna i wynikająca niej konieczność dwudniowego nadrobienia miesięcznych zaległości w ogrodzie. Okres wyjazdów muzycznych męża. Moje bieganie :)))). W tym czasie powstało u mnie kilka nowych rzeczy. Niestety, w pewnej chwili zorientowałam się, że moje konto nie istnieje - ww/g googla mam mniej niż 13 lat co nie uprawnia mnie do korzystania z konta. W związku z czym, póki nie udowodnię go (ujawniając moje dane osobowe nie wiadomo do końca komu) konto zostaje zawieszone. A po miesiącu zlikwidowane całkiem. Grrrr. Dzisiaj udało mi się w końcu zakończyć akcję odzyskiwania. Ale mogłoby się to zakończyć niespodziewanym zniknięciem. Miałam zresztą takie myśli, czy to aby nie jest taki dyskretny znak, że może nie warto już walczyć... bywa tutaj tylko od wielkiego dzwonu, raczej pokazuję niż piszę i ogólnie jakoś mało blogerski czas mam ostatnio. Ale szkoda mi się zrobiło zdjęć oraz pamiątkowych - tych z zatrzymanych chwil.

Ponieważ JAdzia wzywa do książki, skrócę pisanie (znowu!!!)

1. Kołderka dla Łucji - córki Przyjaciół, która została niedawno włączona do społeczności Kościoła :) (zdjęcia lipne, bo robione podczas infekcji dziecięcej i nie miałam głowy do rozwieszania jej w dobrym świetle)










2. Długi i czasochłonny szal z dropsowej Lace. Prosty, zakończony bordiurą z dew drops shawl. Podoba mi się jego prostota.











3. Tęczowa gail z estońskiej kauni. Nie pierwsza, jednak zawsze inaczej układają się kolory :)










No cóż. Teraz idziemy zgłębiać losy niejakiej Pippi :)
Ach. I muszę koniecznie napisać o bieganiu - do tego roku uważałam, że to sport dla szaleńców. Dopóki nie znalazłam rozpiski oraz nie poczułam przypływu endorfin następującego po wskutek biegu. I dopóki nie straciłam, tak mimochodem :) kilku kg :))))