Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zatrzymane chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zatrzymane chwile. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 sierpnia 2013

Wakacje nie sprzyjają lenistwu...

W związku z tym życie wirtualne musi zamrzeć. Paradoksalnie, niby jest mniej zajęć typu - zawieź i przywieź ale za to wzywa ogród, cały lipiec ślęczałam nad lawendą, teraz są przetwory, wyjazd wakacyjny (góry Świętokrzyskie), wszędobylska Tynia, która absolutnie nie interesuje się stagnacją, jezioro, druty :) , i tak mija dzień za dniem.
Dzieci zresztą zajęły nam sporą część wolnego czasu - Krzysiowe dni folkloru, razem z próbami to dwa tygodnie niemal codziennych bytności w mieście. Potem tydzień półkolonii z dowozami i odwozami do stajni na zajęcia w siodle. Kiedy minęła pierwsza część wolnego...? ? ?
Wybrałam, tak na szybko kilka ujęć. Bardzo ogólny przekrój. Proszę:

1. Sweter - derka robiony z Cashmira Batik Design. Niemal przez pół roku...




Wiosną na świat przyszła mężowska bratanica, Iga, jak widać :)


zdjęcie z uchwytami :)


oraz nasze dziewczynki - Krzyś już nie zawsze chce pojawiać się tutaj :)


Tynia w bardzo luksusuowym bolerku robionym z resztek pozostałych po chuście z jedwabiem :)



poniedziałek, 3 czerwca 2013

Przyroda live

Ostatnie dni owocowały nam w wydarzenia o charakterze ekstraordynaryjno - przyrodniczym. Pierwsze trafiło nam się akurat w sam Dzień Dziecka. Rano, podczas planowania wycieczki rowerowej, Krzyś poszukując szlauchu do umycia swego jednosuwa znalazł pod domem sikorcze pisklę. Małe, nie do końca opierzone. Traf chciał, że syn miał akurat na dłoniach lateksowe rękawiczki (wszak babrać się przy pojeździe gołymi rękami nie będzie), zawołał przytomnie ojca i wspólnie uradzili, że biorąc go w rękawiczkach może nie obdarzą ptaka ludzkim zapachem - spróbują go odłożyć do gniazda. Oczywiście, jak to bywa, znajdowało się ono przy najwyższym punkcie kalenicy. Cóż robić. Wspiął się mąż na dach, odkręcił dachówkę, odnalazł gniazdo, włożył małego, pojechaliśmy na wycieczkę.
Po naszym powrocie w tym samym miejscu leżały trzy pisklaki. W tym jeden nieżywy.
Co się robi z takimi małymi ptaszkami?!
Jeden w dodatku miał otwarte złamanie nóżki.
Oba głodne okrutnie.
Przypomnieliśmy sobie z dziećmi, że byli w tym roku szkolnym na wycieczce szkolnej w fundacji "Albatros", w której leczy się dzikie ptaki. Ale czy leczą takie małe sikorki?
Umęczeni byliśmy mocno, zrobiliśmy wcześniej 15 km rowerami przez las, pora była dość późna (ok. 19), do Bukwałdu, gdzie mieści się fundacja całkiem spory kawałek drogi a telefonu tam nikt nie odbierał. A te małe piszczą. Zapakowałam do samochodu: czworo dzieci oraz dwie sikorki, zostawiłam męża z naprawianiem bramy oraz wyruszyliśmy w podróż w nieznane (ponieważ nie dałam rady uruchomić GPSa w nowej komórce a droga w części wiodła przez pola czułam się mocno niepewnie). Ale: dojechaliśmy nie błądząc ani razu.
Fundacja, widać, mało zasobna. Położona w piękny miejscu, bardzo na uboczu, na terenach, których należałoby się spodziewać w górach - miejscami równaliśmy się z wierzchołkami drzew. Drewniana chata, wychodzi pan i pani, spodziewam się rzucenia okiem na ptaki, jakiegoś zdawkowego "dobrze, proszę je zostawić, zajmiemy się nimi, tak, tak".
I zaskoczenie. Dwie głowy nurkują w pudle. Pani wyciąga oba ptaki, ogląda, od razu przestaję być ważna. I pada najbardziej zdumiewające, w tych okolicznościach (te góry, chata, wałęsające się przyjazne psy, powyciągane swetry) polecenie: "szykujcie inkubatory!" A mnie niemal opadła szczęka. Po czym opadła mi raz jeszcze gdy usłyszałam, że sikorka z połamaną nogą będzie operowana. I tylko pani się martwiła, czy przeżyje znieczulenie. Dzieciaki mało zeza rozbieżnego nie dostały chłonąc wszystko wokół. Obejrzeliśmy bociany, pustułki, bociany, jastrzębie, bociany, bociany, bociany, kulawe, jednonogie, ze zwisającymi skrzydłami, całkiem wydające się zdrowe, zaniepokojone, wyluzowane, brudne, czyste... Wydawało się, że są tam niemal same bociany w ilościach, które przyprawiłyby mieszkańca Europy zachodniej o atak serca. mieszkając na wsi i niejednokrotnie w życiu widząc bocianie zloty nigdy w życiu nie widziałam ich w takim zagęszczeniu.
Nie wykonałam żadnych zdjęć i żałuję tego bardzo. Ale możecie sobie pooglądać stronę Fundacji: [klik]



Ale to nie koniec :)
Dzisiaj przyleciał do nas rój pszczół. Kiedyś przeleciał jeden obok naszego domu, w zasadzie muskając jego ściany. Dzisiaj był nieco dalej, ale za to się zadomowił na krótko.

Wrzucę zdjęcie poglądowe, aczkolwiek nie trudno na nim zobaczyć to, co chcę pokazać :)
Rzecz w tym, że między tymi trzema sosenkami na pierwszym planie, oraz, głównie na prawo od nich widać takie mnóstwo jasnobrązowych ciapek. to właśnie zbliżający się rój. Osiadł na drzewku środkowym:



Tworząc takie coś (myślałyśmy z bratową, że to jakiś pień, potem się okazało, że pszczoły usiadły na gałęzi i przygięły ją do ziemi swoim ciężarem. Wygląda imponująco.



Mając zakodowane, że pszczoły są coraz bardziej zag4rożonym gatunkiem, ze giną, że nie musimy o nie dbać, bo bez nich byłoby z nami, ludźmi, krucho, oraz mając świadomość, że rój wiecznie siedział nie będzie tylko będzie nam latał, poszukiwałyśmy kogoś, kto by go sobie zabrał :) Trafiło na pana pszczelarza, który przyjechał i sprawił, że popołudnie naszych dzieci stało się w zasadzie bajkowe. Teraz już tylko fotorelacja, w części zdjęcia robił Krzyś:









ja cała w euforii - kwintesencja edukacji domowej nam się trafiła - nauka życiem sterowana - gdzie można dowiedzieć się więcej niż latając, wąchając, oglądając, uciekając (chwilami), pytając, słuchając i chłonąc na żywo?!

poniedziałek, 27 maja 2013

Gail z ludowym post scriptum :)

Pewna grupa przedszkolna postanowiła, na zakończenie placówkowej przygody obdarować swoją Panią ręcznie robioną chustą. W kwestii materiałowej wybór padł na nieśmiertelną botany lace (nieśmiertelną i niezawodną), wzór, też bezpiecznie wybrany - gail. Wyszło, co następuje:





zbliżenie, by pokazać, że to jest inny odcień wełny niż ten, z którego była robiona poprzednia gail z botany :)



I na koniec - nie mogłam się powstrzymać: Krzyś przyniósł z Warmii zestaw pięciu strojów na koncerty - w tym: krakowski, lubelski, kurpiowski. Czegóż trzeba więcej małym dziewczynkom, które uwielbiają (jak wszystkie małe dziewczynki) przebieranki? I jakoś wcale nikomu nie przeszkadzało, że to stroje męskie :)))







aż Tyniol wypełzł na taras by zobaczyć, co się wyprawia



czwartek, 23 maja 2013

O szczypcie Orientu, niejadalnych ciastkach oraz o kociej manii słów kilka

Chusta wykonana z włóczki, na którą swego czasu miałam wielką chrapkę - https://www.e-dziewiarka.pl/index.php?option=com_virtuemart&page=shop.browse&category_id=540&Itemid=2 - jej kolory kojarzące mi się ze strojem łowickim mnie urzekły. I szczęśliwie się wydarzyło, że komuś innemu skojarzyły się z kolei z Dalekim Wschodem - zgodnie z zapotrzebowaniem :) i tak powstała chusta będąca kumulacją kilku różnych wzorów. Miła w dotyku, ciepła i kolorowa :)







Moim zdaniem, można spokojnie nosić ją również na lewej stronie:



Pisałam ostatnio o masie fimo, którą zajęłyśmy się z dziewczynkami. Oto nasze wytwory - dość apetycznie wyglądają, prawda? Na tyle,że już kilkoro z naszych gości usiłowało zjeść je z talerza :) Powstały, między innymi, guziczki (do kolejnych zimowych poppy? Czujecie klimat? Poppy, dajmy na to, z herbatnikiem czekoladowym?) różowe gofry - pierścionki, wymyślone przez młodsze uczestniczki lepienia oraz jeszcze kilka elementów do rozdysponowania.





I jeszcze: a Jadzię z kocimi wąsami wymalowanymi flamastrami pamięta ktoś? Kociowatość wcale nie zelżała, czasami muszę się do córki zwracać per: "kiciu" - inaczej nie zareaguje. Od kilku dni chodziła i męczyła mnie o c
kocie uszy. Aż wymęczyła:

sobota, 9 marca 2013

rękodzielnia piętro niżej

... czyli pokolenie w dół :)
Ponieważ powszechnie wiadomo, że dzieci siedzące w domu nudzą się śmiertelnie, trzeba było obu chorym dziewczynkom znaleźć zajęcie. Postawiłyśmy na twórczość artystyczną.

Resztka płyty G/K, farby, plastelina oraz gałązki dostarczone nam litościwie ze spaceru przez babcię i praca mogła ruszyć.





Powstała makieta parku w sam raz dla wielkości ludzików lego



Na ścianie jadalni powstała galeria dla antybiotykożerczyń:



Ponieważ powstały ostatnio dwie kolejne kołderki, w tym jedna dla najmłodszej naszej ćwiartki (jeszcze nie uwieczniona), do maszyny podejście pierwsze poważniejsze miała Anielka - do tej pory wykonująca najchętniej bardzo crazy patchwork zszywając na chybił - trafił najrozmaitsze ścinki wygrzebane z kosza na odpadki krawieckie, z których powstawały formy chrzczone mianem motyli, biedronek etc. Tym razem siadłyśmy razem z nożem do patchworku, miarką i, przy niewielkiej pomocy uszyła własną kołderkę - dla misia:



i ze szczerbatą z lekka autorką -



czwartek, 28 lutego 2013

Zatrzymane chwile

Sytuacja sprzed dwóch tygodni:
Idziemy z młodszymi dziewczynkami do sklepu. Wiejskiego sklepu, ale zawsze to coś więcej niż przydomowe chaszcze. Ulegam Jadzi domagającej się wymalowania na buzi kotka. Tu i teraz. Maluję niebieski trójkąt na czubku nosa (mamy tylko dwie kredki) oraz po trzy dyskretne wąsy po każdej stronie. Gdy ja przewijam i ubieram do wyjścia Tynię Jadzia znika z kredką. Wraca z wymalowanymi na twarzy grubymi, niebieskimi, koncentrycznymi kregami. Jakby właśnie czekała ją uroczystość w Stonehenge.
Mało tego. Kocie wąsy nie wystarczyły, pod nosem niebieszczy się mały hitlerowski zarost.

Ale i to nie koniec. Kocia mania nabiera rozpędu. Kilka dni później, być może chcąc utrwalić zdobyczny makijaż wykonuje go, w nieco innej formie, flamastrem. Pięknej, granatowej barwy...

poniedziałek, 25 lutego 2013

Kamizelka dla strażaka z dżdżownicą w tle

Wpis dzisiejszy powstaje przy okazji wrzucenia zdjęcia z kamizelką dla pewnego miłośnika Straży pożarnej. Przy okazji pokażę ją też na blogu - mam trochę zdjęć tylko za groma nie mam czasu na ich obrobienie i opublikowanie. Kamizelka jest dość prosta, robiona z dropsowej Karismy jako wariacja na temat milo Zamiast warkocza wstawiłam tylko dośrodkowany, bardziej męski, moim zdaniem, wzór w romby.





A skąd dżdżownica?
Tyniol, do niedawna stosujący pozycję "na samolot" nagle zapragnął być mobilny. I tak, w wieku pięciu miesięcy nagle zaczął stawać na czworaka i bujać się w miejscu (aż do momentu bujnięcia się na buzię na podłogę, co go wcale nie zniechęca dl dalszych prób) A dzisiaj, zafascynowany gumową książeczką przepełzał za nią kilka metrów po podłodze salonu, pełznąc - uwaga - do przodu. Po podłodze, dodajmy, całkiem nieprzygotowanej na akie ekscesy - posypanej obficie popcornem z wczorajszego rodzinnego wieczoru filmowego, psią oraz kocią sierścią i ogólnie, jeszcze z rana, nie zamiecionej. Poruszanie odbywa się metodą dżdżownicy, za pomocą skurczy mięśni brzucha. Wygląda komicznie, niemniej jednak uświadamia mi, że pewien, w miarę spokojny etap w naszym życiu się skończył...

A tutaj Tynia jeszcze z czasów, gdy myślała, że jest samolotem...





Idę bronić dywanu :))))

sobota, 2 lutego 2013

Śniadanie na farmie

W taki oto sposób Pewna Mała Dziewczynka, która mieni się kotkiem (samozwańczo), spożywa najchętniej śniadanie (pod warunkiem, że uczyni to bez wiedzy rodziców każących trzodę trzymać z dala od stołu). Dodam, że ta Dziewczynka sypia z całą zgrają pluszowych zwierzątek, najchętniej bawi się wiejską zagrodą i najpilniej dba o aprowizację naszego kota. I psa, czasami też.



środa, 30 stycznia 2013

Naoczna twórczość własna

Naoczna - bo robiona metodą "na oko". Czapka już któraś z kolei, więc pewne wyobrażenie miałam. A i tak musiałam pruć kawałek już skończonej bo mi za długa wyszła.
Natpmiast połączenie szala z kominem i kapturem to już całkowita improwizacja.






Ku pamięci - Tynia ma zabawę, jakiej nie zauważyłam u poprzednich dzieci. Położona na brzuchu rozpościera ręce na boki, unosi je, jakby udawała samolot jednocześnie odrywając od podłogi stopy. I tak się kołysze na klatce piersiowej i brzuchu. Długo te seanse trwają a ona jest wniebowzięta.

sobota, 19 stycznia 2013

Zajawka

Skończyłam w tym tygodniu kołderkę. Prezentową. Nie mogę jej jeszcze pokazać w całości, ale pokażę fragmenty z testującą Tyniuszką :)

Kołderka w całości jest recyclingowa - wszystkie materiały pełniły wcześniej odmienne funkcje: zasłon, pościeli, resztek z szycia czyjegoś. Coś się więc udało uratować :)

A naszym domu pojawiły się też nowe stworzenia:Motylek z Kotkiem :)
Dobrej niedzieli Wam życzę. Dodając tylko, że udało mi się dzisiaj wywalić 1/3 zawartości dwóch szuflad kuchennych, co uważam za duży sukces z powodu trawiącego mnie od kilku dni LENIA.