czwartek, 16 sierpnia 2012

wrzeciona - ale nie do kręcenia :)

Ino do wąchania. Wyszły mi z domu wszystkie w bogatszych kolorystycznie wersjach, pozostałe, elegancko stonowane (tak je określam :) przeżyły sesję na naszym tarasowym kredensie:

wtorek, 14 sierpnia 2012

woreczki, woreczki...

Efekt zmagań z roślinnością, poszewką od poduszki (kto wie, dlaczego? :), maszyną do szycia, igłą, nićmi, koralikami i cekinami: (uwaga, dużo obrazków)

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Africa po estońsku

Zdjęłam dzisiaj z drutów (tym razem nie dziewiarskich, ale tych do blokowania :) szal, na który czekałam z zapartym tchem. To właśnie ten z upolowanego niedostępnego u nas koloru wełny estońskiej - stąd tytuł wpisu. Kto go nazwał Africą - nie wiem. I do dnia dzisiejszego się dziwię nomenklaturze. Ale może rzecz dotyczy gorącego kontynentu w okresie gwałtownego kwitnienia? Podobno takowe następują i wtedy są miejsca emanujące feerią barw. Może o taką Afrykę chodzi...
Znowu narobiłam zdjęć bojąc się, że przy kiepskim, zmiennym oświetleniu słonecznym wyjdzie mi z nich kicha. I, po usunięciu większej części ugrzęzłam z wyborem ponieważ każde ujęcie pokazuje kolory, którym się nie mogę oprzeć. I nie wiem, co wybrać. Możecie obejrzeć pierwsze zdjęcie i nie patrzeć dalej, bo tam jest to samo :)

Miłego dnia Wam życzę - dzisiaj idę kolejny raz pooglądać naszego najmłodszego potomka - pozostał już mniej niż miesiąc...

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Nie nadążam

Doby w dobie za mało mi. O dziwo, fizycznie nadal daję radę bez większych problemów - umyłam nawet okna w kuchnio - jadalni salonie (bywalcy wiedzą, ile ich jest :) ) i nie odczuwałam z tego powodu zbytniego dyskomfortu. Natomiast mój problem polega na tym, że północ zbyt szybko pojawia się na zegarze. A wtedy już rozsądek każe się położyć bo perspektywa powstania po szóstej rano każe jednak zachować pewien umiar w działalności.
Wiele rzeczy robię, skończyłam wczorajszej nocy MArjorie shawl z cudnej botany lace natomiast nie WYkończyłam go. Tzn. zblokowałam, owszem, ale powiewających nitek już nie zdołałam pochować. W związku z tym, robiąc dzisiaj pędem zdjęcia (gazpacho musiałam skończyć na obiad) poukrywałam nici pod chustą bądź za manekinem. Byc może czyjeś wprawne oko je dostrzeże.
Zafascynowana poczynaniami autorki tego bloga pierwszy raz w życiu zachwyciłam się haftem - umiejętności traktowanej przeze mnie dość mocno po macoszemu. A ponieważ mam u siebie morze lawendy wymagającej przerobienia (kolejna czynność pochłaniająca wiele, wiele godzin pracy, jako że krzaczków mam niemal sto) a w tym roku porzuconej nieco ze względu na mój brzuch, druty, dzieci, dom, szycie etc., przegapiłam czas przerobienia jej na wrzeciona. Część mi się udało, natomiast była to część mizerna. A roślina dała w tym roku czadu... I tutaj wracam do wspomnianego haftu - postanowiłam susz uzyskany z zioła pozamykać w woreczkach - tym razem nieco bardziej ozdobnych. I tak oto pierwszy raz zasiadłam z igłą do haftu w ręku... Wyszły mi na razie trzy sztuki, suszu mam jeszcze na kilkadziesiąt a może i ponad sto (jeszcze nie obrałam wszystkich kwiatów)

wtorek, 31 lipca 2012

Czekoladowo

Szybko (kiedy ja coś będę mogła zrobić powoli!!!) o poranku wykonałam zdjęcia chusty, która od wczoraj blokowała się na kanapie. Włóczka jest cudowna, kupiłam ją na Allegro jako mieszankę wełny z jedwabiem i jestem nią zachwycona. I miękka i śliska i nie ucieka mi z drutów i ciepła i nie za bardzo :) (zapiszę sobie, ku pamięci, że używałam drutów 4)
Ponieważ Lola nasza odmówiła mi współpracy część fotek jest z lekka przekrzywiona - ucieczka z kadru okazała się całkiem niezłą zabawą...
A dlaczego szybko? Muszę w ciągu najbliższej godziny wyrzucić śmieci, obrać i wstawić jabłka na kompot, spakować nas na wyjazd do Olsztyna do kina, przygotować rozmaite rzeczy, które ja muszę zabrać ze sobą (obok aprowizacji dla dzieci), obudzić starsze potomstwo, nakarmić całą trójkę (plus mnie samą, bom bez śniadania tylko po kawie, zetrzeć, chociaż z grubsza, kurze, bo wczorajszy dzień jakoś mnie rozłożył na łopatki i nie miałam siły zrobić w domu nic. I wymyślić muszę drugie danie, bo zupa, chwała Bogu, stoi w lodówce.
Z newsów - nasza najmłodsza waży już ponad dwa kilo - poleciłam wczoraj Krzysiowi by w chwili, gdy chce się mną wyręczyć w jakiejś czynności włożył sobie pod koszulkę dwa worki mąki oraz kostkę masła i próbował podnieść z ziemi swoje skarpety - i wtedy określi, czy wzywanie mnie to dobry pomysł.
A aktualnie mam na drutach botany lece - już ją pokochałam za współudział w dzierganiu...

sobota, 28 lipca 2012

Zza zamkniętych okiennic

Upał zagnał nas dzisiaj do domu. Odgrodzeni od niego deskami okiennic funkcjonujemy jakby w zwolnionym tempie, wykonując sobotnie zajęcia z minimalną ilością ruchów oraz z takimże zaangażowaniem. Powolność oraz brak szczególnych zajęć (wyjąwszy prasowanie, któremu się nie mogłam oprzeć:) zmobilizowały mnie w końcu do zajrzenia w zawartość aparatu. Zdjęć też mi się nie chce robić, aczkolwiek nadal czuję się bardzo dobrze. Ostatnie tygodnie dały nam wszystkim w kość - Olsztyńskie Dni Folkloru zaangażowały nas maksymalnie - codzienne próby w mieście a potem codzienne występy (z małymi dziennymi przerwami) wiążące się z kilkugodzinnym przesiadywaniem na olsztyńskiej Starówce - w efekcie ich zakończenie w dniu dzisiejszym to dla nas ogromna ulga.
A w międzyczasie działam. Dużo i ciągle. Udało mi się, mimo niemal 40 stopni namówić Jadzię do założenia na chwilkę zrobionego kapturka - dla dziecka zdecydowanie młodszego, stąd pewne dysproporcje. Jadwiś pozował całkiem ochoczo :)

Mam również nowość sprzed dwóch tygodni - stwierdziwszy, że żadne z naszych dzieci nie miało do chrztu nic zrobionego przez ich usiłującą robić na drutach i szyć matkę tym razem postanowiłam nadrobić zaległości i zrobiłam bolerko (stąd już wiecie, kto się ma u nas pojawić:). Mam misterne plany zrobić takie same tylko w innych kolorach dla starszych sióstr, ale mam wątpliwości, czy do września się wyrobię. Wełna to baby merino dropsa, wzór z głowy - w każdym razie robione od ogóry)
Na drugim zdjęciu bolerko ułożyłam na podkładce z kolejnej robótki - otóż dzięki pomocy mojej nieocenionej koleżanki z pracy (pozdrawiam Hanię!!!) udało mi się zostać właścicielem całkiem nowego koloru wełny aade long. Nazywa się ona, nie wiem, czemu, Africa - i jest moim ulubionym kolorem z tej serii. Na wejście na druty oczekiwała chyba z pół roku, bo mam jej tylko dwa motki i na wszystko mi jej było szkoda. Aż trafiłam w końcu na wzór, który mi pasował - znowu kwiatki estońskie, tym razem w wersji szala:

wtorek, 17 lipca 2012

Kwiaty rodem z Estonii

Podglądane wielokrotnie u Dagny oraz na blogu DZiergam sobie estońskie kwiecie uwodziło mnie już od wielu, wielu miesięcy. I ciągle jakoś nie czułam się na siłach przedzierać się przez opisy, które przecież musiały być skomplikowane (te kwiatki!). Do czasu zerknięcia ostatniego mego do mojego kufra, w którym leżą masy skitranej wełny estońskiej. Bardzo wołającej o estoński wzór :) Mam kolor, któego w Polsce nie można dostać, o nazwie Africa (Bóg wie skąd ta nazwa, bo to absolutnie nie afrykańskie barwy, najpiękniejsze z estońskich połączeń, jak na mój gust), które to motki chciałam przerobić na kwiecisty szal - w tym celu najpierw chciałam się zmierzyć z chustą opisaną dokładnie (tzn mam opis kwiatków ale tylko w wersji chuścianej, nie wiem, jak zachowa się trójkąt przerobiony na prostokąt :) Więc ćwiczebnie sięgnęłam po zielony motek.
Wyszło tak: