wtorek, 4 czerwca 2013

Niemal jak u Ravela :)

Na początek - pszczele przygody jeszcze nie są zakończone całkowicie - część roju, która nie została złapana od razu jeszcze się błąka okupując pudełka (dwa) zawierające woskowy plaster. Miał je on zwabić do środka by je można było tam zamknąć i zawieźć do reszty, ale one coś całkiem nie chcą się schować. Na razie trwamy w oczekiwaniu.

Tym razem jednak przeważająca część wpisu będzie dotyczyła twórczości. Tym razem temat:
bolerka
Poczyniłam dwie sztuki i bardzo jestem z nich zadowolona - tzn z tego, jak się je dzierga - wyjątkowo miły udzierg, zwłaszcza tam, gdzie nie robiłam długich rękawów (jakoś nie mam nabożeństwa do tej części stroju) Pierwsze powstało dla Anielki jako element grzewczy do sukienki na procesję.Sesję jednak zrobiłam na Jadzi, która baaaardzo tego pragnęła :) Tyle, że utrzymanie Jadzi w bezruchu jest czynnością porównywalną w skutkach do zawracania kijem Wisły...









Zestawienie z drugim - malutkim zrovionym z baby merino dropsa - resztki kłębka, jaką miałam z domu:









a na końcu - nie mogłam się powstrzymać - struś pędziwiatr :)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Przyroda live

Ostatnie dni owocowały nam w wydarzenia o charakterze ekstraordynaryjno - przyrodniczym. Pierwsze trafiło nam się akurat w sam Dzień Dziecka. Rano, podczas planowania wycieczki rowerowej, Krzyś poszukując szlauchu do umycia swego jednosuwa znalazł pod domem sikorcze pisklę. Małe, nie do końca opierzone. Traf chciał, że syn miał akurat na dłoniach lateksowe rękawiczki (wszak babrać się przy pojeździe gołymi rękami nie będzie), zawołał przytomnie ojca i wspólnie uradzili, że biorąc go w rękawiczkach może nie obdarzą ptaka ludzkim zapachem - spróbują go odłożyć do gniazda. Oczywiście, jak to bywa, znajdowało się ono przy najwyższym punkcie kalenicy. Cóż robić. Wspiął się mąż na dach, odkręcił dachówkę, odnalazł gniazdo, włożył małego, pojechaliśmy na wycieczkę.
Po naszym powrocie w tym samym miejscu leżały trzy pisklaki. W tym jeden nieżywy.
Co się robi z takimi małymi ptaszkami?!
Jeden w dodatku miał otwarte złamanie nóżki.
Oba głodne okrutnie.
Przypomnieliśmy sobie z dziećmi, że byli w tym roku szkolnym na wycieczce szkolnej w fundacji "Albatros", w której leczy się dzikie ptaki. Ale czy leczą takie małe sikorki?
Umęczeni byliśmy mocno, zrobiliśmy wcześniej 15 km rowerami przez las, pora była dość późna (ok. 19), do Bukwałdu, gdzie mieści się fundacja całkiem spory kawałek drogi a telefonu tam nikt nie odbierał. A te małe piszczą. Zapakowałam do samochodu: czworo dzieci oraz dwie sikorki, zostawiłam męża z naprawianiem bramy oraz wyruszyliśmy w podróż w nieznane (ponieważ nie dałam rady uruchomić GPSa w nowej komórce a droga w części wiodła przez pola czułam się mocno niepewnie). Ale: dojechaliśmy nie błądząc ani razu.
Fundacja, widać, mało zasobna. Położona w piękny miejscu, bardzo na uboczu, na terenach, których należałoby się spodziewać w górach - miejscami równaliśmy się z wierzchołkami drzew. Drewniana chata, wychodzi pan i pani, spodziewam się rzucenia okiem na ptaki, jakiegoś zdawkowego "dobrze, proszę je zostawić, zajmiemy się nimi, tak, tak".
I zaskoczenie. Dwie głowy nurkują w pudle. Pani wyciąga oba ptaki, ogląda, od razu przestaję być ważna. I pada najbardziej zdumiewające, w tych okolicznościach (te góry, chata, wałęsające się przyjazne psy, powyciągane swetry) polecenie: "szykujcie inkubatory!" A mnie niemal opadła szczęka. Po czym opadła mi raz jeszcze gdy usłyszałam, że sikorka z połamaną nogą będzie operowana. I tylko pani się martwiła, czy przeżyje znieczulenie. Dzieciaki mało zeza rozbieżnego nie dostały chłonąc wszystko wokół. Obejrzeliśmy bociany, pustułki, bociany, jastrzębie, bociany, bociany, bociany, kulawe, jednonogie, ze zwisającymi skrzydłami, całkiem wydające się zdrowe, zaniepokojone, wyluzowane, brudne, czyste... Wydawało się, że są tam niemal same bociany w ilościach, które przyprawiłyby mieszkańca Europy zachodniej o atak serca. mieszkając na wsi i niejednokrotnie w życiu widząc bocianie zloty nigdy w życiu nie widziałam ich w takim zagęszczeniu.
Nie wykonałam żadnych zdjęć i żałuję tego bardzo. Ale możecie sobie pooglądać stronę Fundacji: [klik]



Ale to nie koniec :)
Dzisiaj przyleciał do nas rój pszczół. Kiedyś przeleciał jeden obok naszego domu, w zasadzie muskając jego ściany. Dzisiaj był nieco dalej, ale za to się zadomowił na krótko.

Wrzucę zdjęcie poglądowe, aczkolwiek nie trudno na nim zobaczyć to, co chcę pokazać :)
Rzecz w tym, że między tymi trzema sosenkami na pierwszym planie, oraz, głównie na prawo od nich widać takie mnóstwo jasnobrązowych ciapek. to właśnie zbliżający się rój. Osiadł na drzewku środkowym:



Tworząc takie coś (myślałyśmy z bratową, że to jakiś pień, potem się okazało, że pszczoły usiadły na gałęzi i przygięły ją do ziemi swoim ciężarem. Wygląda imponująco.



Mając zakodowane, że pszczoły są coraz bardziej zag4rożonym gatunkiem, ze giną, że nie musimy o nie dbać, bo bez nich byłoby z nami, ludźmi, krucho, oraz mając świadomość, że rój wiecznie siedział nie będzie tylko będzie nam latał, poszukiwałyśmy kogoś, kto by go sobie zabrał :) Trafiło na pana pszczelarza, który przyjechał i sprawił, że popołudnie naszych dzieci stało się w zasadzie bajkowe. Teraz już tylko fotorelacja, w części zdjęcia robił Krzyś:









ja cała w euforii - kwintesencja edukacji domowej nam się trafiła - nauka życiem sterowana - gdzie można dowiedzieć się więcej niż latając, wąchając, oglądając, uciekając (chwilami), pytając, słuchając i chłonąc na żywo?!

poniedziałek, 27 maja 2013

Gail z ludowym post scriptum :)

Pewna grupa przedszkolna postanowiła, na zakończenie placówkowej przygody obdarować swoją Panią ręcznie robioną chustą. W kwestii materiałowej wybór padł na nieśmiertelną botany lace (nieśmiertelną i niezawodną), wzór, też bezpiecznie wybrany - gail. Wyszło, co następuje:





zbliżenie, by pokazać, że to jest inny odcień wełny niż ten, z którego była robiona poprzednia gail z botany :)



I na koniec - nie mogłam się powstrzymać: Krzyś przyniósł z Warmii zestaw pięciu strojów na koncerty - w tym: krakowski, lubelski, kurpiowski. Czegóż trzeba więcej małym dziewczynkom, które uwielbiają (jak wszystkie małe dziewczynki) przebieranki? I jakoś wcale nikomu nie przeszkadzało, że to stroje męskie :)))







aż Tyniol wypełzł na taras by zobaczyć, co się wyprawia



czwartek, 23 maja 2013

O szczypcie Orientu, niejadalnych ciastkach oraz o kociej manii słów kilka

Chusta wykonana z włóczki, na którą swego czasu miałam wielką chrapkę - https://www.e-dziewiarka.pl/index.php?option=com_virtuemart&page=shop.browse&category_id=540&Itemid=2 - jej kolory kojarzące mi się ze strojem łowickim mnie urzekły. I szczęśliwie się wydarzyło, że komuś innemu skojarzyły się z kolei z Dalekim Wschodem - zgodnie z zapotrzebowaniem :) i tak powstała chusta będąca kumulacją kilku różnych wzorów. Miła w dotyku, ciepła i kolorowa :)







Moim zdaniem, można spokojnie nosić ją również na lewej stronie:



Pisałam ostatnio o masie fimo, którą zajęłyśmy się z dziewczynkami. Oto nasze wytwory - dość apetycznie wyglądają, prawda? Na tyle,że już kilkoro z naszych gości usiłowało zjeść je z talerza :) Powstały, między innymi, guziczki (do kolejnych zimowych poppy? Czujecie klimat? Poppy, dajmy na to, z herbatnikiem czekoladowym?) różowe gofry - pierścionki, wymyślone przez młodsze uczestniczki lepienia oraz jeszcze kilka elementów do rozdysponowania.





I jeszcze: a Jadzię z kocimi wąsami wymalowanymi flamastrami pamięta ktoś? Kociowatość wcale nie zelżała, czasami muszę się do córki zwracać per: "kiciu" - inaczej nie zareaguje. Od kilku dni chodziła i męczyła mnie o c
kocie uszy. Aż wymęczyła:

wtorek, 21 maja 2013

jewelled cowl bis

W jadalni na stole rozłożona, rozsypana, rozwałkowana i ugnieciona w misterne kształty panoszy się masa fimo - nasze babskie zajęcie na dzisiejsze popołudnie. Rozmaite herbatniki, pączki, gofry oraz ciasteczka czekają na upieczenie - wcześniej jednak trzeba przemyśleć jakie dziurki w nich zrobić oraz w jakie miejsca poprzyczepiać zapięcia bądź haczyki. Uciakłam stamtąd chwilowo, pozostawiając dziewczyny zajęte malowaniem po wodnej macie oraz (najmłodsza)- rozkładaniem dużych puzzli (celowo napisałam: "ROZkładaniem:).
Uciekłam bo inaczej nie dam rady wrzucić zdjęć robionych tuż przed wczorajszą burzą.
Drugi jewelled cowl z malabrigo sock oraz koralików 4 mm.
Voila!











Na koniec jeszcze Faustyna w swoich nowych legginsach :)

wtorek, 14 maja 2013

O moim umiłowaniu wieczorów, rękodzieła zaniedbaniu oraz Anielinej garderobie :)

Wieczór. Moja ulubiona pora dnia :)
Dzieci śpią, Marcin na próbie, ja sączę sobie rozwodnione pół na pół wino mężowej produkcji (genialne) - podczas karmienia piersią odkryłam uroki rozcieńczania wina powodujące jego zwiększenie się o 100 % :)
Powinnam iść do maszyny, obiecałam Jadzi uszycie legginsów - pozostałe dziewczynki swoje otrzymały dzisiaj, jej para, z wyciętym metodą chybił - trafił kotkiem - aplikacją jeszcze czekają na zszycie. W związku z powyższym mogę w końcu coś pokazać :) Trwa okres wybitnie nie sprzyjający szybkiemu przyrostowi produktów rękodzielniczych. Po pierwsze - wiosna wygania nas na dwór. Ogród wzywa (niekoniecznie skutecznie), Tyniol wszedł w okres najgorszy do poskromienia - chyba, że poskromienia moich zapędów - ucieka ile sił w nogach (i rękach, bo raczkuje na potęgę) oczywiście w miejsca najmniej do tego przeznaczone. Im bardziej ślepy i niewdzięczny do eksploracji zaułek tym lepiej. Ale udało mi się wieczorem wczorajszym dotrzeć do maszyny wraz z pociętymi kilka godzin wcześniej koszulkami starymi. Największe kawałki zostały przeznaczone ka leginsy dla Anielki. Anielki - dodam - miłośniczki gitary. Czy więc muszę tłumaczyć, jaki instrument znalazł się na nogawce (bo może nie wyszło mi tak obrazowo, jak planowałam) ?

Tutaj, przed wyjściem do szkoły, kiedy był jeszcze chłód poranka, stąd skarpety pod sandałami)



A tutaj zdjęcia z eksploatacji intensywniejszej:






Specjalnie wstawiłam, żeby było widać, że pasek u góry doszyty jest w kolorze gitary :)


Okazję wyciągnięcia aparatu wykorzystałam jednocześnie do uwiecznienia swetra, który zrobiłam dla Anielki jeszcze wtedy, gdy śnieg zalegał naokoło. Robiłam go z podwójnej nitki - granatowej wełny upolowanej na Allegro oraz jakiejś skarpetowej, chyba dropsa fabel w odcieniach niebieskości, turkusu i granatu. Wyszło, moim zdaniem, całkiem fajnie. W dodatku wykorzystałam zdobyczny guzik upolowany w naszej hurtowni pasmanteryjnej. Sweter robiony od góry, z raglanem oraz z przedłużonymi połami.









no i mój ukochany, korkowy, pokryty masą ceramiczną guzik:



Na tym kończę krótkie sprawozdanie. Mam jeszcze kilka zdjęć ale może strategicznie rozłożę je na jeszcze jeden chociaż wpis by blog nie zamarł tak całkiem :)
Pozdrawiam serdecznie :)

środa, 24 kwietnia 2013

Zbiorczo

Sporo się ostatnio działo. Apogeum infekcyjne przedłużającego się przejścia zimy w wiosnę miało miejsce podczas zapalenia płuc u Faustyny. Rozpoczęcie miesięcznej rehabilitacji dwojga najstarszych dzieci. Nagła wiosna i wynikająca niej konieczność dwudniowego nadrobienia miesięcznych zaległości w ogrodzie. Okres wyjazdów muzycznych męża. Moje bieganie :)))). W tym czasie powstało u mnie kilka nowych rzeczy. Niestety, w pewnej chwili zorientowałam się, że moje konto nie istnieje - ww/g googla mam mniej niż 13 lat co nie uprawnia mnie do korzystania z konta. W związku z czym, póki nie udowodnię go (ujawniając moje dane osobowe nie wiadomo do końca komu) konto zostaje zawieszone. A po miesiącu zlikwidowane całkiem. Grrrr. Dzisiaj udało mi się w końcu zakończyć akcję odzyskiwania. Ale mogłoby się to zakończyć niespodziewanym zniknięciem. Miałam zresztą takie myśli, czy to aby nie jest taki dyskretny znak, że może nie warto już walczyć... bywa tutaj tylko od wielkiego dzwonu, raczej pokazuję niż piszę i ogólnie jakoś mało blogerski czas mam ostatnio. Ale szkoda mi się zrobiło zdjęć oraz pamiątkowych - tych z zatrzymanych chwil.

Ponieważ JAdzia wzywa do książki, skrócę pisanie (znowu!!!)

1. Kołderka dla Łucji - córki Przyjaciół, która została niedawno włączona do społeczności Kościoła :) (zdjęcia lipne, bo robione podczas infekcji dziecięcej i nie miałam głowy do rozwieszania jej w dobrym świetle)










2. Długi i czasochłonny szal z dropsowej Lace. Prosty, zakończony bordiurą z dew drops shawl. Podoba mi się jego prostota.











3. Tęczowa gail z estońskiej kauni. Nie pierwsza, jednak zawsze inaczej układają się kolory :)










No cóż. Teraz idziemy zgłębiać losy niejakiej Pippi :)
Ach. I muszę koniecznie napisać o bieganiu - do tego roku uważałam, że to sport dla szaleńców. Dopóki nie znalazłam rozpiski oraz nie poczułam przypływu endorfin następującego po wskutek biegu. I dopóki nie straciłam, tak mimochodem :) kilku kg :))))