Przy ostatnich zakupach na Amazonie nabyłam książkę o estońskich koronkach. Kupiłam... i akurat straciłam zapał chuściany. Zajęły mnie swetry :) W dobie kołowrotkowego nawrócenia (czyli pojawianie się w domu coraz cieńszych wełen (udaje się!!!) Koronki do łask wróciły. I to nawet gromadnie :)
Czesankę żółtą wyrabiać będę chyba przez sezon cały, mam jej strasznie dużo, ponieważ w przypływie animuszu zafarbowałam całe pół kilo :). Powstała jedna gail - już pokazywana. teraz - w miarę pojawiania się cieńszych nici - przerzucam się na moje wcześniejsze zauroczenie - oto rozpoczęty Triinu scarf - robi się go fajnie, bo wzór zapada w pamięć już po pierwszym przerobieniu. W dodatku pokochałam nuupki - bez nich koronki wydają mi się mdłe :)

Pisałąm kiedyś może, że nie lubię monotonii? :) Jako że triinu zostanie zakończony za jakiś miesiąc - sądząc po tempie jego powstawania, tym bardziej, że muszę doprząść wełny, wykorzystałam cudowny prezent od mojej koleżanki z pracy, która, kupiwszy sobie wełnę Kauni, stwierdziła, że to nie jest jej kolor i oddała mi ją (dzięki, dzięki, dzięki!!!). Mi on zdecydowanie pasuje, więc musiałam, po prostu musiałam ja wypróbować. I tak to, wczorajszą nocną porą rozpoczął swój pre - żywot mój wymarzony Madlis shawl. Na razie nie skończyłam nwet bordiury, ale, może do wakacji...???

By nie popaść w dziewiarską rutynę zasiadłam do maszyny - oto kolejna torba flos varmiae, tym razem na panelu z jeansu. I z energetycznie zieloną podszewką w kropeczki :)))
Właśnie Krzyś wrócił ze szkoły, oddalę się statecznie do kuchni nakarmić czeredkę. Lekko zasmarkaną w 2/3