poniedziałek, 20 września 2010

Mam, mam!!!

Przyjeżdżam dzisiaj z pracy do domu, w pokoju leży dosć pokaźnych rozmiarów paczka. Czyżby kolowrotek...? Niemożliwe, pieniądze dopiero wczoraj wyslalam - w dodatku niedziela to byla, więc pieniądze raczej dopiero dzisiaj doszlyby do wystawcy... Zaglądam do pudla - wystaje z niego metalowy STARY kawal drutu. Jest...
Mam, Proszę Państwa, w domu mój wymarzony mebel - przyrząd. Piękny jest, stary ale dodatkowo - co najważniejsze - sprawny. Nie mam tylko jeszcze na czym go wypróbować. Nie dodając tak blahej kwestii, że nie potrafię :) Ale się nauczę.
Moje cudo wygląda tak:




z wiercącą się modelką:




i bez:


I lecę oporządzać trzy wielkie kosze grzybów uzbierane podczas póltorejgodzinnego wyjscia do lasu. Szukam przepisu na schab z kurkami :)))

sobota, 18 września 2010

o kolejnym torbiszczu i ... kołowrotku...

Zacznę od odpowiedzi:

Asiu schemat na chustę wrzucilam na Radosnej Twórczosci - widzialas?

jednoiglec i Raj Lal - Kochane, rzucilyscie odpowiedź na moje ostatnie rozważania, czy w dobie tak wielkiej ilosci candy warto robić kolejne - czy już nie ma przesytu. Wobec zapotrzebowania jak tylko uporam się z zamówieniami poczynię cos na rzecz rozdwnictwa :)

Cóż jeszcze: skończylam wczoraj torebkę dla koleżanki - ciekawe, czy się domysli, że to dla niej, bo nic nie mówilam :) Chyba, że zapomniala... Pod nóż poszla lumpeksowa kraciasta spódnica - jako pasek zastępczo podrzucilam moją apaszkę






I ostatnie: aż się boję pisać, bo dla mnie to jeszcze totalna abstrakcja (tzn to, co zbilam i co mam zamiar zrobić: hmmmm, hmmmm
KUPILAM KOLOWROTEK
I - co ważniejsze - nie w celu wystrojenia wnętrza. Mam zamiar - poważny zamiar prząsć welnę. O matko, sama się boję moich pomyslów...

wtorek, 14 września 2010

z cyklu: co na półkach zalega... :)

Jeszcze jedna z himalayi - czerwona - nie mogę się oprzeć :)))
Ten sam najprostszy wzór, bezmylny w wykonaniu. I lecę do jęczącej w krzeselku usmarkanej nada Wigi



poniedziałek, 13 września 2010

pawie czapidło :)

Podziwiam swoją wlasną plodnosć - jednego dnia dwa posty i to jeszcze na dwa różne tematy... :)
Wrzucam jeszcze skończoną dzisiaj czapkę stanowiącą pendant do pawiej chusty. Ponieważ glowa, na którą czapkę robilam ma mniejszy obwód niż moja wlasna, za modelkę poslużyla Anielka - jej glowa z kolei w czapie niemal utonęla. Brzegi się wywinęly - to też wynik niedopasowania obwodu modelki oraz odzieży. Wzór ażurowy to powtórzenie lisciowego motywu z chusty. Czapka jest bezszwowa, więc można lisć przesuwać na sobie w prawo i w lewo :)
Dziękuję za wszyskie mile komentarze. Migdalowej, mimo wszystko, też dziękuję :)))




P.S. zaczęlam też, oczywiscie na próbę chustę z merynosa... i torebkę jedną też zaczęlam...

Farbowany merynos wygląda tak:

Komentarzy mych więcej tu nie wstawię, bo na kolanach mam usmarkaną Wigi, oboka biega usmarkana Anielka, przed domem bawi się usmarkany Krzys a na kanapie leży usmarkany i gorączkujący mąż mój wlasny. Życie rządzi :)





niedziela, 12 września 2010

niedziela pielgrzymkowa i co z tego wynikło

Mieszkamy niedaleko Gietrzwaldu, jednego z najbardziej znanych sanktuariów Maryjnych w Polsce. Rokrocznie w jedną z pierwszych wrzesniowych niedziel z okolicznych miast, miasteczek i wsi ciągną tam lańcuszki pielgrzymek. Również z naszej miejscowosci. Zazwyczaj z naszej rodziny wyrusza mąż zabierając ze sobą Krzysia. Anielka do tej pory byla zbyt malo rozchodzona, by przejsć w sumie okolo 10 km a w tym roku nie idzie ze względu na Jadzię - zabranie jej nawet w wózku grozi ugrzęźnięciem w srodku lasu z oportunistycznie nastawioną niewiastą pragnącą udać się pieszo w akuratnie odwrotnym niż naszym kierunku. Muszę więc pozostać z nią w domu. Z kolei Marcin zabrać ze sobą dwojga dzieci nie daje rady - potencjalnie przynajmniej - zalożywszy sytuację, że naraz oboje żądaja niesienia na barana...
Jestesmy więc we trzy na straży domostwa. W takich sytuacjach przychodzą do glowy różne glupoty. Moja wlasna kolacze się we mnie już od dawna, jednak dopiero dzisiaj dojrzewa. I tak mając przy sobie dwie moje córki postanawiam wreszcie ufarbować welnę. Mam w domu merynosa nabytego jeszcze w czasach gdy ludzilam się, że uda mi się Wigi wychować bezpieluchowo - mialy z niej powstać otulacze. Ponieważ z planów pozostają jedynie wspomnienia, welna na niedoszle otulacze przechodzi metamorfozę.



Dosć niefrasobliwie przy plączącej się kolo mnie Wigi zaczynam przygotowania do czynnosci iscie alchemicznych. Miejsce kaźni zostaje ustanowione na postumencie, na którym latem bylo stanowisko basenowe. Rozrabiam farby jednoczesnie mocząc welnę w letniej wodzie z plynem do naczyń. Dla ochrony desek rozkladam folię aluminiową a na niej - spożywczą.
Te dwa brudne naczynka po bokach są wyciągniętymi z piaskownicy zabawkami dzieci - ich zadaniem jest przytrzymywanie placht folii by nie odfrunęly



Farbowanie jest porównywanle dla mnie z moim osobistym nigdy nieodbytym skokiem na bungee - zanurzenie welny w kolorze wzmaga niebotycznie poziom adrenaliny...


... i za groma nie wiadomo, co wyjdzie.




Na razie dalej nie znam efektu ostatecznego, ponieważ produkt schnie. Ale proszę o trzymanie kciuków :) Mają z tego powstać komplety chusciano - czapkowe dla obu córek a musza przecież porządnie wyglądać a nie jak calkiem zwiesniaczale... :)))

czwartek, 9 września 2010

Odsłona szalowa (szałowa? :)

Tym razem na drutach mam szal. Nazwano go Miss Lambert's i wykonując go zastanawiam się, czy miss Lambert, która byla jego insporacją kiedykolwiek istniala. Wiem, że nie będzie to szybkie wykonanie, ponieważ jednoczesnie wolne chwile staram się dzielić między zamówione Gail w pawich kolorach (sztuk w sumie 4 :) a zglębianie skarbnic, jakimi są moje nowe nabytki książkowe. Wolnych chwil w zasadzie nie ma zbyt wiele, dzielone pomiędzy dzieci a dzieci, zdarzają się jedynie po ich zasnięciu. Zbieram je jak sroka blyskotki, cieszę się nimi jak dziecko (równie jak dziecko wieczorami zmęczona) i staram się doceniać w tym zmęczeniu fakt, że mam KIM być zmęczona. Dzięki codziennemu zaambarasowaniu bardziej doceniam wolny oddech, który lapię gdy przez moment nic się wokól mnie nie dzieje, a który wielu ludzi często utożsamia z nudą. Nie znam nudy.
Szal powstaje szaroniebieski - ma pasować do nieba o tej porze roku - nieba, które rzadko już bywa skończonym blękitem.




wtorek, 7 września 2010

Kobieta zmienną jest...

... dlatego jej niezbędnym atrybutem powinna być torebka - kameleon. Zmienia się taka w zależnoci od sytuacji, potrzeby, pory dnia etc. Uszylam cos takiego :) Wymieniać uchwyty można w niej do oporu, trzeba tylko posiadać większą ilosć apaszek...
Bardzo mi się ją dobrze szylo, cos czuję, że chyba nie poprzestanę na jednej :)))





W Anielce na widok aparatu i torby odezwal się pradawny instynkt malej kobietki i też zażądala zdjęcia :))

niedziela, 5 września 2010

zeby nie było, że już tylko druty... :)

udowodnić potrzebowalam - sobie zwlaszcza - że maszyna, jeszcze bywa akcesorium uzywanym przeze mnie. Mialam od dwóch tygodni wykrojone materialy na 3 kosmeTyciunie tylko z zebraniem się do zeszycia ich jakos czasu braklo. I dzisiaj podczas poludniowej (jedynej) drzemki Wigi w końcu udalam się na górkę pozostawiwszy starsze dzieci pod opieką tatową :)) Wyszly mi dwie sztuki, trzecia jeszcze nawet nie zostala ozdobiona - weny zabraklo jakos. Za to po poludniu udalismy się ze znajomymi na festyn do Brąswaldu. I tutaj czekala mnie ogromna niespodzianka: mianowicie poznalam panią, która jest ludową twórczynią, wykonuje m.in hafty czepców warmińskich tradycyjnymi metodami. I - uwaga - tadam - wzięlam jedną lekcję tych haftów. Temat wymaga zglębienia, namiary na panią wespól z koleżanką (też lubującą się w rękodziele) wzięlysmy, udoskonalać umiejętnosci będziemy :)
A oto moje niedzielne wypociny, slońce bylo niemilosierne a o ile z cieniem na zdjęciach radzę sobie jako - tako to ze slońcem wcale :)
Alberto się przypętal i towarzyszyl mi nie dając się pogonić...











Przy okazji dziękuję zaglądającym mile slowo zostawiającym :)
Betsy Petsy - a i owszem :) na maila mego zapraszam serdecznie :)

sobota, 4 września 2010

zieleń na jesień :)

Przewrotnie nieco, bowiem zieleń mi osobiscie kojarzy się wiosennie - zwlaszcza tak swieza zieleń. Ale cóż poradzić, skoro takowa potrzeba wewnętrzna byla... Równie przewrotnie sięgnęlam po wzór, którego zarzekalam się już nie używać. Kobieta zmienną jest...?


piątek, 3 września 2010

dzisiaj warmińsko

Mieszkam w dosć specyficznej krainie geograficznej. Specyficznej historycznie, kulturowo a nawet, w jakims stopniu - tożsamosciowo (spytajcie kogos, czy wie, gdzie się kończą Mazury a zaczyna Warmia) Malo kto wie, że poza faktem bycia historykiem jestem również historykiem kultury. Nie piszę tego by się chwalić, raczej wręcz przeciwnie - wstydem jest przyznanie się, że w zasadzie mam niezmiernie mgliste pojęcie odnosnie kulrtury wlasnego regionu. Wymyslilam sobie cykl szyciowy, w który wplatalabym elementy lokalnego wzornictwa. Odpalilam internet, wrzucilam w wyszukiwarkę obrazów odpowiednie hasla... i zima. I olsnienie: przecież tutaj biednie bylo, nawet strój warmński niemal bez zdobień byl, jedynie te czepca... Co gorsza, brak również literatury w tym temacie. Hmmm. Pozostalo mi czerpanie ze zdobnictwa meblarskiego... ewentualnie wizyta w skansenie pobliskim. Szczęsliwie znalazlam jedyną perelkę: na Allegro - z - uwaga - 1943 roku :) Oto ona:




Temat nadal zglębiać będę bo mnie wciągnąl (jak to: nie można nic znaleźć!!!)

A teraz na koniec rękodzielo - Anielkowe. Zasiadlo me dziewczę srednie do maszyny i - poslugując się ręcznym napędem uszylo - a jakże by inaczej - woreczek na lawendę :)))
Material koci pochodzi z poscieli ale boski jest :)

czwartek, 2 września 2010

Matko, mąż mnie z domu wypisze a ja muszę postawić pomnik...


... przynajmniej w swoim wlasnym ogródku...
Doszly bowiem do mnie dzisiaj książki - prezenty imieninowe od calej rodziny (zrzuta nastąpila) Wyczekane, wymarzone... A wszystko dzięki Dobrej Duszy z Bialej Wyspy, która nie tylko mi owe książki zamówila, nie tylko mi via Swoja Mama i Siostra owe książki przeslala, nie tylko dorzucila mi jeszcze gazetki druciarskie (prezentacja jednej z nich, z welnianymi zabawkami, rewelacyjna), na dodatek upasla mnie czekoladą - uwaga - lawendową!!! I jak tutaj nie postawić pomnika... Aga, oficjalnie skladam Ci podziękowania prze - og - rom - ne!!! A książki... to przez nie malżonek mój mnie z grona rodzinnego wywali niechybnie, zwlaszcza ta torebkowo - recyclingowa. Pomyslów jak dla zaprawionej w bojach kolchoźnicy, kiedy ja mam to wszystko robić?! Praca się zaczęla a ja mam w glowie tylko maszynę do szycia :)))
No. Ewentualnie opcja lajtowa: druty :)